poniedziałek, 1 sierpnia 2016

"Love, Rosie", Cecelia Ahern




I znowu! Kolejna okładka filmowa zagościła na mojej półce.

Nie wiem w zasadzie, na czym polega moje zamiłowanie do filmowych okładek, choć zapewne może mieć z tym coś wspólnego fakt, że do tej pory na dwóch z nich widnieje przynajmniej jeden ulubiony aktor. W tym przypadku znów możemy podziwiać Sama Claflina, tym razem jednak w towarzystwie Lily Collins.

Krótkie wprowadzenie: historia opowiada o przyjaźni Rosie (Lily Collins) oraz Alexa (Sam Claflin), która sięga czasów ich wczesnej młodości. Związek, jaki łączy tych dwoje młodych osób zostaje poddany ciężkiej próbie: Alex wraz z rodzicami przenoszą się z Irlandii do Ameryki, co jest dla nich ogromnym ciosem. Rosie i Alex kontaktują się ze sobą dość często, tak jak to mieli wcześniej w zwyczaju, ale czy ogromna ilość kilometrów, jaka dzieli parę przyjaciół nie będzie dla nich przeszkodą?

Przyznaję, trochę się zamotałam w opisie, ale to tylko dlatego, że już nie pamiętam tak dobrze szczegółów i pozwoliłam sobie pomóc, korzystając z opisu książki.

Zapewne każdy wie, że Rosie i Alexa nie łączy tylko przyjaźń, co można wywnioskować już z pierwszych rozdziałów dzieła Cecelii Ahern. Przez lata jednak - przez parę incydentów, które mają trochę wspólnego z przypadkiem - nie robią szczególnych kroków, by przeistoczyć ich relację w coś głębszego. 

Historia jest na swój sposób piękna. W kilku momentach potrafi wywołać łzy, potrafi rozbawić, może nawet zadziwić. 
Tak, zdecydowanie zadziwić, jeśli weźmie się pod uwagę ostatnie rozdziały.

Zakończenie każdy może odebrać na inny sposób: jedni mogą się ucieszyć, a drudzy zasmucić tym, jak wiele ta historia musiała mieć zwrotów akcji; jak czasami niewiele brakowało, by wszystko skończyło się lepiej.

Mnie akurat dręczą mieszane uczucia. Czas nie dla wszystkich jest łaskawy, dlatego należy chociażby próbować walczyć o swoje szczęście. Cóż, główni bohaterowie dość późno się obudzili, ale mimo wszystko się cieszę z takiego zakończenia. Zawsze mogło być gorzej, prawda?

Podsumowanie:

Okładka: Tutaj zapewne nie będę obiektywna. Ostatnio coraz częściej lubiani przeze mnie artyści pokazywani są w tym samym filmie, dlatego okładka jest jedną z moich ulubionych. Lily i Sam przesądzili tutaj sprawę. A napisy? Nie rażą w oczy. Czcionka nie jest jakaś wymyślna, ale to tylko działa na korzyść okładki. 

Styl: Z tego co pamiętam, praktycznie całość książki składa się z wiadomości pisanych przez Rosie, Alexa, ich najbliższych przyjaciół i rodziny. Możemy tam znaleźć karteczki, listy, maile, smsy, czy nawet wiadomości na czacie. Początkowo stosowane są w nich błędy, ale to celowy zabieg, który prawdopodobnie miał sprawić, żeby historia była jeszcze bardziej rzeczywista (w końcu mało które dziecko w pierwszych latach szkolnych potrafi pisać bezbłędnie). Wcześniej już się zapoznałam z historią "Love, Rosie", dlatego czytanie i domyślanie się, o co we wszystkim chodzi, nie sprawiało mi problemów. Myślę, że ludzie, którzy dopiero będą się zagłębiać w treść tworu Cecelii Ahern również nie będą mieli ciężko. Radzę jednak wcześniej na wszelki wypadek przeczytać opis książki.

Zakończenie: Post wcześniej pisałam, że jestem w pewnym sensie masochistką. Co prawda ostatnie strony książki są dla mnie odrobinę smutne, ale to trochę za mało, żeby w pełni podbić moje serce. Mimo wszystko szczerze mogę powiedzieć, że nie żałuję zakupu.

Moja ocena: 8/10.

0 aktywny(ch) czytelnik(ów) :

Prześlij komentarz

Spodobała Ci się recenzja? A może chciał(a)byś wyrazić swoje zdanie?