Nie wiem w zasadzie, na czym polega moje zamiłowanie do filmowych okładek, choć zapewne może mieć z tym coś wspólnego fakt, że do tej pory na dwóch z nich widnieje przynajmniej jeden ulubiony aktor. W tym przypadku znów możemy podziwiać Sama Claflina, tym razem jednak w towarzystwie Lily Collins.
Krótkie wprowadzenie: historia opowiada o przyjaźni Rosie (Lily Collins) oraz Alexa (Sam Claflin), która sięga czasów ich wczesnej młodości. Związek, jaki łączy tych dwoje młodych osób zostaje poddany ciężkiej próbie: Alex wraz z rodzicami przenoszą się z Irlandii do Ameryki, co jest dla nich ogromnym ciosem. Rosie i Alex kontaktują się ze sobą dość często, tak jak to mieli wcześniej w zwyczaju, ale czy ogromna ilość kilometrów, jaka dzieli parę przyjaciół nie będzie dla nich przeszkodą?
Przyznaję, trochę się zamotałam w opisie, ale to tylko dlatego, że już nie pamiętam tak dobrze szczegółów i pozwoliłam sobie pomóc, korzystając z opisu książki.
Zapewne każdy wie, że Rosie i Alexa nie łączy tylko przyjaźń, co można wywnioskować już z pierwszych rozdziałów dzieła Cecelii Ahern. Przez lata jednak - przez parę incydentów, które mają trochę wspólnego z przypadkiem - nie robią szczególnych kroków, by przeistoczyć ich relację w coś głębszego.
Historia jest na swój sposób piękna. W kilku momentach potrafi wywołać łzy, potrafi rozbawić, może nawet zadziwić.
Tak, zdecydowanie zadziwić, jeśli weźmie się pod uwagę ostatnie rozdziały.
Tak, zdecydowanie zadziwić, jeśli weźmie się pod uwagę ostatnie rozdziały.
Zakończenie każdy może odebrać na inny sposób: jedni mogą się ucieszyć, a drudzy zasmucić tym, jak wiele ta historia musiała mieć zwrotów akcji; jak czasami niewiele brakowało, by wszystko skończyło się lepiej.
Mnie akurat dręczą mieszane uczucia. Czas nie dla wszystkich jest łaskawy, dlatego należy chociażby próbować walczyć o swoje szczęście. Cóż, główni bohaterowie dość późno się obudzili, ale mimo wszystko się cieszę z takiego zakończenia. Zawsze mogło być gorzej, prawda?
Podsumowanie:
Okładka: Tutaj zapewne nie będę obiektywna. Ostatnio coraz częściej lubiani przeze mnie artyści pokazywani są w tym samym filmie, dlatego okładka jest jedną z moich ulubionych. Lily i Sam przesądzili tutaj sprawę. A napisy? Nie rażą w oczy. Czcionka nie jest jakaś wymyślna, ale to tylko działa na korzyść okładki.
Styl: Z tego co pamiętam, praktycznie całość książki składa się z wiadomości pisanych przez Rosie, Alexa, ich najbliższych przyjaciół i rodziny. Możemy tam znaleźć karteczki, listy, maile, smsy, czy nawet wiadomości na czacie. Początkowo stosowane są w nich błędy, ale to celowy zabieg, który prawdopodobnie miał sprawić, żeby historia była jeszcze bardziej rzeczywista (w końcu mało które dziecko w pierwszych latach szkolnych potrafi pisać bezbłędnie). Wcześniej już się zapoznałam z historią "Love, Rosie", dlatego czytanie i domyślanie się, o co we wszystkim chodzi, nie sprawiało mi problemów. Myślę, że ludzie, którzy dopiero będą się zagłębiać w treść tworu Cecelii Ahern również nie będą mieli ciężko. Radzę jednak wcześniej na wszelki wypadek przeczytać opis książki.
Zakończenie: Post wcześniej pisałam, że jestem w pewnym sensie masochistką. Co prawda ostatnie strony książki są dla mnie odrobinę smutne, ale to trochę za mało, żeby w pełni podbić moje serce. Mimo wszystko szczerze mogę powiedzieć, że nie żałuję zakupu.
Moja ocena: 8/10.

0 aktywny(ch) czytelnik(ów) :
Prześlij komentarz
Spodobała Ci się recenzja? A może chciał(a)byś wyrazić swoje zdanie?