sobota, 10 września 2016

"Chłopak na zastępstwo", Kasie West



Jako że na razie nie mogę sobie za bardzo pozwolić na kupowanie nowych książek, a w bibliotece nie ma tego, co ostatnio marzy mi się przeczytać, pobrałam sobie e-booka.

Osobiście nie lubię takiego sposobu czytania. Już prędzej wolałabym czytać na Wattpadzie, bo w pliku na telefonie co stronę muszę odpowiednio przybliżać, by widzieć cały tekst i nie musieć mrużyć oczu, by doczytać się literek. Na Wattpadzie przynajmniej wystarczy kliknąć jeden guziczek, by czytać dalej i wszystko widać doskonale.

Mniejsza o to. Dzisiaj przychodzę do Was (dobra, na razie do nikogo nie przychodzę, ale załóżmy, że jednak ktoś moje wypociny czyta) z książką autorstwa Kasie West, znanej niektórym pod tytułem "Chłopak na zastępstwo".

Nie czytałam nawet opisu książki. Potrzebowałam czegoś lekkiego do czytania; czegoś, co kiedyś dawało mi przyjemność z czytania dzięki swojej prostocie. Kiedyś dużo czytałam książki i oglądałam filmy o nastolatkach, które mają swoje nastoletnie - często banalne - problemy.

W tworze Kasie West główną bohaterką jest Gia, uczennica ostatniej klasy, która do dnia balu maturalnego miała idealne życie: żyła w dobrych stosunkach z rodziną, miała swoje grono przyjaciółek i była znana w całej szkole, między innymi również jako przewodnicząca samorządu uczniowskiego. 

Historia opisana w książce rozpoczyna się w momencie, kiedy Gia stoi wieczorem w dniu balu na szkolnym parkingu, na którym jej chłopak, Bradley, rzuca ją przez powiedzenie jednego zdania. Jednego, krótkiego zdania, jakim jest "moje przyjaciółki padną" - czy coś w tym stylu (wyjaśnienie: jej przyjaciółki nigdy wcześniej nie zapoznały się z Bradleyem; jest on starszy o parę lat, studiuje na Uniwersytecie Kalifornijskim, nie lubił robić sobie zdjęć, przez co - za sprawą jednej z przyjaciółek, Jules - zaczynały powątpiewać w jego istnienie).

Jak już wcześniej wspominałam, jest to lekka historia. Przez wszystkie strony obserwujemy główną bohaterkę, która dzięki tytułowego chłopaka na zastępstwo i jego siostry zaczyna rozumieć, jak płytkie do tej pory prowadziła życie. Próbuje coś z tym zrobić. Zaczyna się zmieniać, dostrzegać przeróżne błędy, jakim było, przykładowo to, jak źle traktowała innych, mając na względzie jedynie siebie i swoją popularność.

Dla osób w wieku szkolnym jest to dobra lektura, oczywiście pod warunkiem, że potrafią wyciągać wnioski. Nie oznacza to jednak, że ludzie w starszym wieku nie powinni po to sięgać. Człowiek uczy się bez przerwy, więc wiek nie ma nic do tego. Mimo wszystko, kiedy jeszcze kształtujemy swoją osobowość, warto spojrzeć też na innych i uczyć się na ich błędach.

Moja opinia:

Okładka: Okładka jest dość prosta. Przedstawia ona ciała dziewczyny i chłopaka od ramion w dół (oczywiście ubranych). Wiele takich zdjęć można znaleźć w Internecie na stronach, które są raczej skierowane do młodzieży, dlatego sądzę też, że właśnie do takich odbiorców chciała trafić autorka. 

Styl: "Chłopak na zastępstwo" przyjemnie się czytało. Książka jest pisana lekkim stylem i nie zawiera skomplikowanych słów. Głównym zdaniem czytelnika zatem jest, tak jak wyżej wspomniałam, wyciąganie wniosków. Czasami naprawdę przydaje się przypomnienie, jakie negatywne zachowania widuje się na porządku dziennym, choć nie powinno. 

Zakończenie: Skończyłam czytać bardzo szybko. Spodziewałam się, jakie będzie zakończenie i bardzo się cieszę, że i tym razem się nie pomyliłam, ale wolałabym, żeby... dawało mi ono większą satysfakcję? Nie jestem pewna, jak to nazwać. Mimo wszystko książka nie jest zła. Zasługuje na dobrą ocenę.


Moja ocena: 8/10
Read More

środa, 24 sierpnia 2016

Kopciuszek (2015)



Przyznaję się bez bicia, że uwielbiam takie filmy. Wychowałam się na starszych bajkach Disneya, a każde świeższe wersje z prawdziwymi aktorami - o ile dobrze zagrali - oglądam z uśmiechem na ustach.

Tak było i tym razem. Chociaż, szczerze mówiąc, Ella, tytułowy Kopciuszek nie wyglądała na tak inteligentną, jaką grała. Nie wiem do końca, dlaczego mnie trochę irytowała w scenach, w których otwierała usta niczym Kristen Stewart. Tak po prostu było.

Mimo wszystko film bardzo mi się podobał. Kreacje były niesamowite, a Książę, którego poznajemy pod imieniem Tyciu, ma niesamowite niebieskie oczy.

Ktoś oglądał serial Gra o Tron? Ktoś kojarzy starszego brata Jona Snowa, Robba Starka?
Kto kojarzy najstarszego ze Starków, powinien kojarzyć nazwisko Richard Madden. To właśnie ten aktor dostał rolę Księcia i świetnie się w niej spisał. Uwielbiałam oglądać sceny z nim. Wielka szkoda, że (Uwaga, spoiler!) nie mamy już tej przyjemności oglądać Richarda w Grze o Tron. Cóż, pozostaje nam albo obejrzeć inne filmy z jego udziałem, albo ponownie obejrzeć ten serial.

Kopciuszek wywoływał we mnie dość silne emocje. Nie wiem, czym to może być spowodowane. Być może po prostu chodzi tu o moją wrażliwość i empatię, przez którą bardzo współczułam Elli po stracie każdego z rodziców.

Tego dnia obejrzałam jeszcze inny film, który również mi się spodobał, ale o tym kiedy indziej. Mogę jedynie stwierdzić, że tamten wieczór był niezwykle udany, jeśli chodzi o obejrzane produkcje.

Kto lubuje się w remake'ach starych bajek, nie powinien być zawiedziony bo obejrzeniu tego filmu. 
Read More

niedziela, 7 sierpnia 2016

"After. Już nie wiem, kim bez ciebie jestem", Anna Todd



Prawdopodobnie informacja o kolejnych kłótniach i rozstaniach głównych bohaterów nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, ale na wszelki wypadek oznaczyłam tę opinię jako spoiler. 

Do sposobu pisania Anny Todd nie mam żadnych zarzutów. Przyjemnie i dość szybko się czyta, choć jeśli chodzi o wulgarność, liczba niecenzuralnych słów stanowczo poszła w górę.

Co prawda jest to zrozumiałe - kiedy po raz kolejny traci się miłość swojego życia przez jakiś swój głupi błąd, ciężko jest nie używać wulgaryzmów, ale nie da się przeoczyć, że słowa "k...a" czy "je..e mnie to" pojawiają się dużo częściej, niż w "After. Płomień pod moją skórą". Trochę to razi w oczy, ale... w końcu to Hardin. On nigdy nie starał się mówić w grzeczny sposób i mówił to, co myśli.

Tutaj kłótnie były dla mnie dość bezsensowne. Zamiast na spokojnie porozmawiać o swoich problemach, Tessa i Hardin od razu wyciągali wnioski i starali się zrobić drugiemu na złość. Miało to miejsce, przykładowo, podczas imprezy bractwa, kiedy to Tessa usłyszała rozmowę Hardina z dziewczyną, którą kiedyś zranił. Dziewczyna od razu chciała się odegrać za "zdradę" i specjalnie, na oczach Hardina pocałowała przypadkowego chłopaka.

Mimo to, zachowanie Hardina mocno się poprawiło, lecz co się stało z racjonalnym myśleniem Tessy? Poprzez związek z Hardinem stała się bardziej pewna siebie i trochę mniej martwiła się o to, co pomyślą o niej inni. Ale tylko trochę. Jednocześnie jej zdolność do spokojnego przemyślenia sprawy i do rozmowy nieco się pogorszyła, przez co wystarczyło jej, że usłyszy w jednym zdaniu słowa "Hardin" i "inna kobieta", czy też po prostu jakieś żeńskie imię, a ta już wariuje, płacze, ucieka i Bóg jeden wie, co jeszcze robi.

Choć z drugiej strony można to trochę jej wybaczyć. W końcu nikt nie czuje się dobrze, kiedy dowiaduje się, ze osoba, w której pokłada się niesamowicie wiele zaufania zaczyna się z Tobą spotykać i pozbawia Cię dziewictwa dla zakładu, po czym chwali się tym i o całej sprawie wiedzą wszyscy, poza Tobą. Takie przeżycia mogą wprawić człowieka w lekką (lub większą) paranoję, a wtedy zdrowy rozsądek schodzi na dalszy plan.

Jakby zebrać całą książkę z wydarzeniami z poprzedniej części do kupy, można uznać, że ostatecznie "Już nie wiem, kim bez ciebie jestem" jest całkiem dobrym tworem, ale nie najlepszym. W moim osobistym rankingu jak na razie pierwszy tom zajmuje zaszczytne pierwsze miejsce, mimo to mogę powiedzieć, że warto po nią sięgnąć.

Szczególnie, jeśli chce się poznać dalsze losy bohaterów i dowiedzieć się, w jaki sposób rozwiążą problem podjętych pod wpływem chwili decyzji, które mogą spowodować rozpad związku.


Podsumowanie:

Okładka: Niewiele się w niej zmieniło. Główną zmianą, która na pewno wszystkim rzuci się w oczy, to kolor okładki. Poprzedni tom miał odcień niebieskiego, a ten - różowego. Dodatkowo zamiast chmur, widać fale uderzające o brzeg. Napisy natomiast, zdaje się, pod żadnym względem się nie zmieniły. W dalszym ciągu okładka nie razi paskudnie w oczy.

Styl: Tutaj Anna Todd trochę się rozszalała. Nie pamiętam, żeby w "Płomień pod moją skórą" było tyle przekleństw, ale drugi tom bije pierwszy na głowę liczbą wulgaryzmów. Choć w prawdziwym życiu słyszałam już wiele przekleństw, te zamieszczone tutaj przez autorkę nie brzmią zbyt naturalnie. Poza tym, nie mam jej nic do zarzucenia. W dalszym ciągu przyjemnie się czyta.

Zakończenie: Z tego, co pamiętam, nie zaskoczyło mnie za bardzo. Jeśli chodzi stopień relacji, jaka panuje pomiędzy Tessą a Hardinem, ta nie zaskoczyła mnie w ogóle. Jednak jeśli chodzi o coś, co w dużym stopniu dotyczyło Tessy - było małe zdziwienie. Ale tylko małe. Już przyzwyczaiłam się, że rzadko kiedy bohaterowie poboczni pojawiają się w historii tylko jako tło do wydarzeń.


Moja ocena: 7/10.
Read More

piątek, 5 sierpnia 2016

"After. Płomień pod moją skórą", Anna Todd



"After" - tytuł, który zna zapewne przynajmniej połowa - jeśli nie większość - użytkowników Wattpada. Mało kto, kto słyszał chociażby wzmiankę o tej serii i o Annie Todd, nie skojarzy imion Tessa i Hardin (lub w wersji dla fanów One Direction - Harry) i nie łączy ich z miłością ludzi z dwóch różnych światów.

Tessa Young - dziewczyna "z dobrego domu". Ma idealnego chłopaka, idealną matkę, idealne życie, a teraz, w pierwszych rozdziałach tomu "After. Płomień pod moją skórą", idzie do collegu, który otworzy jej drogę do spełnienia idealnych marzeń.

Szczerze mówiąc, dość często spotykałam się z nazwiskiem Young w literaturze czy w wszelakich opowiadaniach na Wattpadzie, choć teraz już nawet nie jestem w stanie podać choćby jednego tytułu. Osobiście preferuję, gdy autorzy wybierają mniej popularne nazwiska (oraz imiona) swoim bohaterom, lecz jakby spojrzeć z drugiej strony, to nie da się nie zauważyć tego, że ludzie mają coraz większe parcie na znalezienie jakiegoś oryginalnego. 

Annie Todd mogę jednak wybaczyć pospolitość nazwiska Tessy. W zasadzie, w treści nie używała go zbyt często.

Wracając jednak do Tessy: jej historia w tworze Anny Todd zaczyna się bodajże od jej pierwszego dnia w collegu. Spotyka tam swoje zupełne przeciwieństwo - Steph, swoją współlokatorkę w akademiku, dzięki której poznaje Hardina i tym samym rozpoczyna z nim swoją przygodę opisaną w paru tomach. 

Hardin Scott - buntownik, który lubi chodzić na imprezy ze swoimi przyjaciółmi i tam zabawiać się z przypadkowymi dziewczynami. Nosi masę tatuaży i kolczyków. Ma trudny charakter i nie ukrywa się z tym, że kogoś nie lubi. Cóż, w zasadzie mało kogo lubi.

Krzyżując drogi tych dwojga nieuniknione jest, aby powstał z tego romans. Historia zaczyna się dość szablonowo: dobra dziewczyna poznaje złego chłopaka, po czym rodzi się między nimi miłość.

Trzeba autorce jednak coś przyznać: do tej pory jeszcze nie widziałam książki romantycznej, która zawierałaby w sobie tyle zwrotów akcji. Co chwilę się coś dzieje. Jeśli zaczyna się robić nudno - Hardin zawsze znajdzie sposób, by jakoś rozbudzić i zadziwić czytelników. Tak więc możecie być pewni, że w pierwszej części "After" będziecie częstowani coraz ciekawszymi nowinkami.

Jak oceniłabym ten utwór?

Okładka: Możemy na niej podziwiać chmury w niebieskim odcieniu. To tyle, jeśli chodzi o tło. Reszta okładki składa się z napisów dość pasujących do tła w swej prostocie.

Widnieje na niej również znak Wattpada z wattpadowską nazwą autorki tej książki. 

Zazwyczaj okładka w jakikolwiek sposób nawiązuje do treści. Chmury raczej nic Wam nie powiedzą, ale jest jeszcze jeden szczegół: znak nieskończoności w kształcie dwóch złączonych serc, zamieszczony nad napisami. Jeśli chcecie się dowiedzieć, w jaki sposób ten znak nawiązuje do treści - zajrzyjcie do książki!

Styl: Styl Anny Todd jest dość prosty. Autorka nie używa jakiegoś skomplikowanego języka ani też nie pisze chaotycznie, dlatego czytanie idzie dość płynnie. Zamieszczone są tam jednak opisy pokazujące sposób, w jaki bohaterowie przeżywają w środku wszystko, co ich spotyka. Jest tam pełno uczuć, a wraz z postępem historii, coraz bardziej są one wyczuwalne.

Zakończenie: Jeśli ktoś wcześniej rozgryzie Hardina, nie powinno go zdziwić zakończenie pierwszego tomu. Historia z każdym rozdziałem nabiera tempa. Poznajemy powoli męskiego głównego bohatera oraz jego dawne przyzwyczajenia, które doprowadzają go do sytuacji, w której w prawdziwym świecie praktycznie każda normalna dziewczyna bez wahania zostawiłaby go, nawet się za siebie nie oglądając.

Czy mi się podobało? Tak. Choć uważam większość huśtawek nastrojów Tessy i Hardina za zbędne, ostatecznie całość mi się spodobała. 

Moja ocena: 8/10.
Read More

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

"Love, Rosie", Cecelia Ahern




I znowu! Kolejna okładka filmowa zagościła na mojej półce.

Nie wiem w zasadzie, na czym polega moje zamiłowanie do filmowych okładek, choć zapewne może mieć z tym coś wspólnego fakt, że do tej pory na dwóch z nich widnieje przynajmniej jeden ulubiony aktor. W tym przypadku znów możemy podziwiać Sama Claflina, tym razem jednak w towarzystwie Lily Collins.

Krótkie wprowadzenie: historia opowiada o przyjaźni Rosie (Lily Collins) oraz Alexa (Sam Claflin), która sięga czasów ich wczesnej młodości. Związek, jaki łączy tych dwoje młodych osób zostaje poddany ciężkiej próbie: Alex wraz z rodzicami przenoszą się z Irlandii do Ameryki, co jest dla nich ogromnym ciosem. Rosie i Alex kontaktują się ze sobą dość często, tak jak to mieli wcześniej w zwyczaju, ale czy ogromna ilość kilometrów, jaka dzieli parę przyjaciół nie będzie dla nich przeszkodą?

Przyznaję, trochę się zamotałam w opisie, ale to tylko dlatego, że już nie pamiętam tak dobrze szczegółów i pozwoliłam sobie pomóc, korzystając z opisu książki.

Zapewne każdy wie, że Rosie i Alexa nie łączy tylko przyjaźń, co można wywnioskować już z pierwszych rozdziałów dzieła Cecelii Ahern. Przez lata jednak - przez parę incydentów, które mają trochę wspólnego z przypadkiem - nie robią szczególnych kroków, by przeistoczyć ich relację w coś głębszego. 

Historia jest na swój sposób piękna. W kilku momentach potrafi wywołać łzy, potrafi rozbawić, może nawet zadziwić. 
Tak, zdecydowanie zadziwić, jeśli weźmie się pod uwagę ostatnie rozdziały.

Zakończenie każdy może odebrać na inny sposób: jedni mogą się ucieszyć, a drudzy zasmucić tym, jak wiele ta historia musiała mieć zwrotów akcji; jak czasami niewiele brakowało, by wszystko skończyło się lepiej.

Mnie akurat dręczą mieszane uczucia. Czas nie dla wszystkich jest łaskawy, dlatego należy chociażby próbować walczyć o swoje szczęście. Cóż, główni bohaterowie dość późno się obudzili, ale mimo wszystko się cieszę z takiego zakończenia. Zawsze mogło być gorzej, prawda?

Podsumowanie:

Okładka: Tutaj zapewne nie będę obiektywna. Ostatnio coraz częściej lubiani przeze mnie artyści pokazywani są w tym samym filmie, dlatego okładka jest jedną z moich ulubionych. Lily i Sam przesądzili tutaj sprawę. A napisy? Nie rażą w oczy. Czcionka nie jest jakaś wymyślna, ale to tylko działa na korzyść okładki. 

Styl: Z tego co pamiętam, praktycznie całość książki składa się z wiadomości pisanych przez Rosie, Alexa, ich najbliższych przyjaciół i rodziny. Możemy tam znaleźć karteczki, listy, maile, smsy, czy nawet wiadomości na czacie. Początkowo stosowane są w nich błędy, ale to celowy zabieg, który prawdopodobnie miał sprawić, żeby historia była jeszcze bardziej rzeczywista (w końcu mało które dziecko w pierwszych latach szkolnych potrafi pisać bezbłędnie). Wcześniej już się zapoznałam z historią "Love, Rosie", dlatego czytanie i domyślanie się, o co we wszystkim chodzi, nie sprawiało mi problemów. Myślę, że ludzie, którzy dopiero będą się zagłębiać w treść tworu Cecelii Ahern również nie będą mieli ciężko. Radzę jednak wcześniej na wszelki wypadek przeczytać opis książki.

Zakończenie: Post wcześniej pisałam, że jestem w pewnym sensie masochistką. Co prawda ostatnie strony książki są dla mnie odrobinę smutne, ale to trochę za mało, żeby w pełni podbić moje serce. Mimo wszystko szczerze mogę powiedzieć, że nie żałuję zakupu.

Moja ocena: 8/10.
Read More

sobota, 16 lipca 2016

"Zanim się pojawiłeś", Jojo Moyes



Oglądając filmy książkowych YouTuberek, natknęłam się na dzięki jednej z nich na dobrą stronę, z której można zamawiać książki po przecenie. Miałam takie szczęście, że udało mi się zamówić "Zanim się pojawiłeś" w cenie 25 zł. Całkiem niedawno miałam tę przyjemność ją przeczytać, a parę dni później obejrzeć film.

I właśnie o tym dziele będzie dzisiejsza recenzja.

Starałam się nie czytać zbyt wiele spoilerów na temat tej książki, mimo to podejrzewałam, że na końcu Will Traynor umrze. To było dla mnie pewne, tym bardziej, że często słyszałam, że "Zanim się pojawiłeś" jest bardzo wzruszającą powieścią.

Początkowo za bardzo nie wiedziałam, co się dzieje i - szczerze mówiąc - trochę się nudziłam, ale szybko się to zmieniło. Najpierw, jak to bywa w prologach, dowiadujemy się, dlaczego Will Traynor przykuty jest do wózka inwalidzkiego. Wcześniej słyszałam, że stanie się to, o ironio, przez jego pasję, jaką są motory. Faktycznie, motor był przyczyną jego wypadku, ale sądziłam, że to Will będzie na nim jechał. Trochę się przeliczyłam, ale jednocześnie miło zaskoczyłam. 

W całej powieści humor jest przeplatany z poważnymi momentami. Rzadko się dzieje, żebym szczerze uśmiechnęła się przy żartach bohaterów książki, lecz w podczas czytania tworu Jojo Moyes działo się to niejednokrotnie.

Choć już domyślałam się, jak historia się zakończy, miałam ogromną nadzieję, że jednak się mylę; że jednak Will nie umrze, za to przytrafi się to komuś innemu, kogo zdążyliśmy polubić. Chciałam, by "Zanim się pojawiłeś" zakończyło się happy endem dla Louisy Clark i Willa Traynora. Pragnęłam tego aż do ostatniego rozdziału. 

Myślałam jednak, że będę bardziej płakać. Właściwie częściej płaczę przy książkach, niż się śmieję, szczególnie, gdy na końcu stanie się coś tak przykrego, że jakby mnie to spotkało - załamałabym się kompletnie. Nie twierdzę oczywiście, że zakończenie nie chwyta za serca. Jest wręcz przeciwnie, ale nie reagowałam morzem łez zapewne dlatego, że robiłam sobie kilka przerw w ostatnich momentach książki. 

Mam szczerą nadzieję, że nie dałam w treści zbyt wiele spoilerów. Już z samego tytułu można wywnioskować, że stanie się coś przykrego, a wiele opinii w Internecie potrafi jedynie utwierdzić w tym przekonaniu. Musicie się jednak przyzwyczaić. Choć będę się starała nie zdradzać całej historii, czasami wkradnie się jakiś spoiler. 

Jak oceniłabym tę książę? Cóż, mogę z ręką na sercu przyznać, że należy ona do moich ulubionych. Wraz z postępem historii coraz bardziej lubiłam nie tylko głównych, ale także pobocznych bohaterów. Gdyby nie te przerwy w czytaniu - na pewno rozpłakałabym się jak mała dziewczynka. 

Pora na małe podsumowanie! 

Okładka: Zamówiłam sobie wersję z okładką filmową, od której w pierwszych dniach nie potrafiłam oderwać oczu. Emilia Clarke i Sam Claflin zaliczają się do moich ulubionych aktorów, także okładkę po prostu ubóstwiam. Kolory, napisy, emocje wypisane na twarzach tych dwojga - wszystko to (jak dla mnie) idealnie ze sobą współgra. 

Styl: Całkiem możliwe, że spotkałam się już z lepszymi stylami pisania, ale ten również był niczego sobie. Czytało się lekko i dość szybko. Nie nudziłam się ani przez chwilę, tak jak to było w przypadku książek zainspirowanymi bodajże Modą na Sukces (jedną z ostatnich części zaczęłam z dwa tygodnie temu, a ostatni raz trzymałam ją w rękach na przestrzeni ostatnich trzech dni).

Zakończenie: Zastanawiam się, czy w tej kwestii mogę się nazwać masochistką. Uwielbiam smutne zakończenia, choć jednocześnie silnie pragnę szczęśliwego. Często sięgam po książki, które są zaszufladkowane jako wyciskacze łez. Może to dziwne, ale lubię płakać. Ale tylko przy książkach i filmach. 

Moja ocena: 10/10.
Read More

poniedziałek, 9 maja 2016

Kolejny blog z recenzjami?

Nawiązując do tytułu: oczywiście nie mowa tutaj o moim kolejnym blogu z recenzjami. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest wiele blogów, w których miłośnicy książek rozpisują się w wielu zdaniach o książkach, filmach, serialach, które mieli okazję przeczytać/obejrzeć. Oczywiste dla mnie również jest to, że najprawdopodobniej nie wybiję się jakoś na tle tylu wybitnych blogerów, którzy nieprzeciętnym językiem potrafią zachęcić do czytania swoich myśli.

Zatem dlaczego założyłam tego bloga?

Przede wszystkim zrobiłam to pod wpływem chwili. Uwielbiam pisać, uwielbiam przelewać swoje myśli na papier (lub na laptopa, co częściej się sprawdza w moim przypadku) i uwielbiam coś tworzyć. W życiu jako hobby traktuję pisanie opowiadań, rysowanie, i tym podobne czynności. 
Niestety, od jakiegoś czasu nie jestem w stanie kontynuować swoich opowiadań (może o nich kiedyś wspomnę, ale na razie nie zamierzam zachęcać do czytania czegoś, co co chwilę jest wstrzymywane przez brak weny), a rysowanie nie daje mi aż takiej frajdy. Mam jednak ogromną ochotę do napisania czegoś.
Ostatnio zaczęłam pisać swoje opinie na stronie lubimyczytac.pl odnośnie książek, które dane mi było czytać. Chociaż jeszcze nie potrafię w stu procentach wyrazić wszystkich swoich myśli, bardzo mi się to spodobało. Nagle poczułam silną potrzebę pisania czegokolwiek, choć nie zamierzam robić tego na "odwal się", mimo że na początek może to tak wyglądać.

Już kiedyś miałam bloga, na którym pisałam dosłownie o wszystkim, co było kiepskim posunięciem. Pisałam głównie o rzeczach, które mnie mało interesowały, a to tylko dlatego, że interesowało to innych, a wiele blogerek modowych właśnie na tym się wybiło. Tak, niestety, chodziło mi tylko... o sławę? Popularność? I to był poważny błąd.
Szybko jednak się znudziłam, i - choć napisałam tam parę recenzji - porzuciłam tego bloga. Planuję w najbliższym czasie go usunąć, bo nie ma potrzeby, by kolejny porzucony blog zaśmiecał nasz Internet. Straconych subskrypcji jakoś szczególnie nie żałuję, bo podejrzewam, że były one puste. Nikogo tak naprawdę nie interesowało to, co tam pisałam. Interesowało ich jedynie to samo, co mnie w tamtym czasie: popularność.

Ale! Powinnam się chyba wpierw przywitać!

Aktualnie praktycznie wszędzie się podpisuję jako mvcherie, lecz chyba mogę sobie pozwolić na zdradzenie mojego imienia, a brzmi ono: Aleksandra. Nie musicie jednak zwracać się do mnie tak oficjalnie. Wystarczy zwykłe, praktyczne Ola
Mam dziewiętnaście lat, choć dalej nie mogę się do tego przyzwyczaić. Mimo, iż trzy miesiące temu obchodziłam swoje dziewiętnaste urodziny, dalej w głowie mam informację, że dopiero co wkroczyłam w wiek dorosłości. 
Uczę się w technikum i zastanawiam się nad udaniem się w przyszłości na studia, które pomogłyby mi znaleźć pracę w którymś z wydawnictw oraz wydać własną książkę, nad którą pracuję już parę ładnych miesięcy.

Cóż... Na razie to tyle o mnie. Nie mam pojęcia, co mogłabym jeszcze o sobie powiedzieć. Prawdopodobnie powinnam zdradzić, jakie głównie książki będę czytać i filmy/seriale oglądać, ale mój gust w tych dziedzinach jest dość zróżnicowany. Tak samo z muzyką: nie słucham konkretnych gatunków, lecz to, co mi wpadnie w ucho. Na swojej liście odtwarzania mam praktycznie wszystko. No... Może poza operą i metalem.

Na koniec pragnę coś dodać:
Nie obiecuję, że będę prowadziła tego bloga regularnie. Nie obiecuję, że nie będzie on kolejnym z serii "porzucone". Aktualnie mam na głowie egzaminy, prace domowe, sprawdziany, kartkówki, a z niektórych przedmiotów już muszę się podciągnąć, inaczej słabo będzie wyglądało moje świadectwo ukończenia technikum. Dodatkowo posiadam życie poza Internetem. Wena do pisania często mnie opuszcza równie szybko, co do mnie przyszła. 

Całe szczęście, że ten blog dopiero zaczyna swoje życie i na chwilę obecną (i pewnie przez dłuższy czas) nie ma żadnych niecierpliwych czytelników, którzy domagają się nowych recenzji.

Read More