Oglądając filmy książkowych YouTuberek, natknęłam się na dzięki jednej z nich na dobrą stronę, z której można zamawiać książki po przecenie. Miałam takie szczęście, że udało mi się zamówić "Zanim się pojawiłeś" w cenie 25 zł. Całkiem niedawno miałam tę przyjemność ją przeczytać, a parę dni później obejrzeć film.
I właśnie o tym dziele będzie dzisiejsza recenzja.
Starałam się nie czytać zbyt wiele spoilerów na temat tej książki, mimo to podejrzewałam, że na końcu Will Traynor umrze. To było dla mnie pewne, tym bardziej, że często słyszałam, że "Zanim się pojawiłeś" jest bardzo wzruszającą powieścią.
Początkowo za bardzo nie wiedziałam, co się dzieje i - szczerze mówiąc - trochę się nudziłam, ale szybko się to zmieniło. Najpierw, jak to bywa w prologach, dowiadujemy się, dlaczego Will Traynor przykuty jest do wózka inwalidzkiego. Wcześniej słyszałam, że stanie się to, o ironio, przez jego pasję, jaką są motory. Faktycznie, motor był przyczyną jego wypadku, ale sądziłam, że to Will będzie na nim jechał. Trochę się przeliczyłam, ale jednocześnie miło zaskoczyłam.
W całej powieści humor jest przeplatany z poważnymi momentami. Rzadko się dzieje, żebym szczerze uśmiechnęła się przy żartach bohaterów książki, lecz w podczas czytania tworu Jojo Moyes działo się to niejednokrotnie.
Choć już domyślałam się, jak historia się zakończy, miałam ogromną nadzieję, że jednak się mylę; że jednak Will nie umrze, za to przytrafi się to komuś innemu, kogo zdążyliśmy polubić. Chciałam, by "Zanim się pojawiłeś" zakończyło się happy endem dla Louisy Clark i Willa Traynora. Pragnęłam tego aż do ostatniego rozdziału.
Myślałam jednak, że będę bardziej płakać. Właściwie częściej płaczę przy książkach, niż się śmieję, szczególnie, gdy na końcu stanie się coś tak przykrego, że jakby mnie to spotkało - załamałabym się kompletnie. Nie twierdzę oczywiście, że zakończenie nie chwyta za serca. Jest wręcz przeciwnie, ale nie reagowałam morzem łez zapewne dlatego, że robiłam sobie kilka przerw w ostatnich momentach książki.
Mam szczerą nadzieję, że nie dałam w treści zbyt wiele spoilerów. Już z samego tytułu można wywnioskować, że stanie się coś przykrego, a wiele opinii w Internecie potrafi jedynie utwierdzić w tym przekonaniu. Musicie się jednak przyzwyczaić. Choć będę się starała nie zdradzać całej historii, czasami wkradnie się jakiś spoiler.
Jak oceniłabym tę książę? Cóż, mogę z ręką na sercu przyznać, że należy ona do moich ulubionych. Wraz z postępem historii coraz bardziej lubiłam nie tylko głównych, ale także pobocznych bohaterów. Gdyby nie te przerwy w czytaniu - na pewno rozpłakałabym się jak mała dziewczynka.
Pora na małe podsumowanie!
Okładka: Zamówiłam sobie wersję z okładką filmową, od której w pierwszych dniach nie potrafiłam oderwać oczu. Emilia Clarke i Sam Claflin zaliczają się do moich ulubionych aktorów, także okładkę po prostu ubóstwiam. Kolory, napisy, emocje wypisane na twarzach tych dwojga - wszystko to (jak dla mnie) idealnie ze sobą współgra.
Styl: Całkiem możliwe, że spotkałam się już z lepszymi stylami pisania, ale ten również był niczego sobie. Czytało się lekko i dość szybko. Nie nudziłam się ani przez chwilę, tak jak to było w przypadku książek zainspirowanymi bodajże Modą na Sukces (jedną z ostatnich części zaczęłam z dwa tygodnie temu, a ostatni raz trzymałam ją w rękach na przestrzeni ostatnich trzech dni).
Zakończenie: Zastanawiam się, czy w tej kwestii mogę się nazwać masochistką. Uwielbiam smutne zakończenia, choć jednocześnie silnie pragnę szczęśliwego. Często sięgam po książki, które są zaszufladkowane jako wyciskacze łez. Może to dziwne, ale lubię płakać. Ale tylko przy książkach i filmach.
Moja ocena: 10/10.

0 aktywny(ch) czytelnik(ów) :
Prześlij komentarz
Spodobała Ci się recenzja? A może chciał(a)byś wyrazić swoje zdanie?